Czcigodni Bracia Kapłani,
Wielebne Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża,
Drodzy Podopieczni i Absolwenci tutejszego Ośrodka dla Niewidomych,
Szanowni Przyjaciele Lasek i Goście dzisiejszej uroczystości!
Najpierw bardzo serdecznie chciałbym podziękować za zaproszenie, aby razem z całym dostojnym gronem duchownym i świeckim przeżywać 5. rocznicę beatyfikacji Matki Elżbiety Róży Czackiej - założycielki Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża oraz tutejszego Ośrodka dla Dzieci Niewidomych. Pamiętamy ten niezapomniany dzień 12 września 2021 roku, kiedy razem z kard. Stefanem Wyszyńskim została wyniesiona do chwały ołtarzy.
Dziś, powracając do tamtego wydarzenia, zastanawiam się co powinienem powiedzieć tym, którzy tak mocno są związani z Błogosławioną i z tym miejscem. O wielu rzeczach można by mówić, ale wydaje mi się że nieustannie potrzebujemy wnikania w charyzmat tej wielkiej Błogosławionej. Poznawania go, aby doskonałej budować na nim nasze życie i nasze posługiwanie. Dlatego w tej medytacji chciałbym podkreślić przede wszystkim jeden element bardzo charakterystyczny w życiu Matki Czackiej. Jest nim całkowite zaufanie Bogu.
Z perspektywy czasu, kiedy patrzymy na to miejsce, widzimy, że Błogosławiona Matka Czacka i jej dzieło są najlepszym dowodem na to, że Boża Opatrzność nigdy nie opuszcza człowieka, zwłaszcza człowieka znajdującego się w potrzebie. To prawda, że nie zawsze rozumiemy wolę Bożą i nie zawsze łatwo jest nam się z nią zgodzić. Kiedy jednak ją przyjmujemy, staje się ona wielkim błogosławieństwem i wielkim dobrem zarówno dla nas samych, jak i dla innych.
Muszę przyznać, że mocno uderzył mnie fakt, jak szybko uświadomiła sobie tę prawdę. Miała zaledwie 22 lata. Gdy od warszawskiego okulisty, dr. Bolesława Gepnera, usłyszała orzeczenie, że utrata jej wzroku jest nieodwracalna i że widzenia nie da się już ocalić, nie załamała się. Nie oskarżała Pana Boga o to, że odebrał jej wzrok, ale starała się zrozumieć, co to ma oznaczać.
Ta młoda hrabianka traciła swój cenny dar wzroku fizycznego, aby wzrokiem wiary i swojej duszy zobaczyć Chrystusa, odczytać Jego wolę i stać się, jak On, darem dla innych. Chrystus, posługując się okulistą, inspiruje ją do zajęcia się niewidomymi i otwiera przed nią nieskończoną przestrzeń działania, ukazując zarazem rzesze ludzi czekających na jej posługę. Traci wzrok oczu, ale otrzymuje światło, które pozwala jej zobaczyć znacznie więcej - zobaczyć Chrystusa obecnego w niewidomych. Zobaczyć ludzi, którzy potrzebowali nie tylko opieki, ale także godności, wiary, nadziei i miłości. Żarliwa wiara wreszcie pozwala jej zobaczyć swoje życie nie jako własność, którą należy zachować dla siebie, ale jako dar, który trzeba ofiarować innym.
Jakże nie dostrzec w tym echa słów Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swoje życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 16, 25).
Róża rozumie, że otrzymała szczególne zadanie – powołanie do tego, aby być jak Jezus dla „innych”, dlatego modli się słowami św. Alfonsa Liguoriego: „Panie, niech mi to będzie możliwe, przez łaskę Twoją, co mi się przez ułomność natury niepodobnym być wydaje” (III, 19, 2).
I tak bez zbędnego rozpamiętywania podejmuje naukę czytania i pisania punktowego Braille’a oraz rehabilitację, aby osiągnąć maksimum samodzielności, w przekonaniu że: „Pod względem intelektualnym niewidomy nie stoi niżej od widzącego. Bystrością i jasnością sądu, zdolnością abstrakcji, ścisłością rozumowania dorównuje on całkowicie […] tym samym funkcjom widzącego”.
Odtąd koncentruje swoją uwagę na przygotowaniu do realizacji otrzymanej misji, która w efekcie rozpoczyna się w roku 1908 w Warszawie. Początkowo jest to skromna działalność charytatywna, polegającą na nawiązywaniu indywidualnych kontaktów z niewidomymi. Niedługo potem powstaje Towarzystwo Opieki nad Niewidomymi, a następnie: ochronka dla niewidomych dzieci, szkoła elementarna, warsztaty czy biblioteka książek brajlowskich. W ten sposób, jak później wspominała Matka Czacka: „Pragnęłam dać innym niewidomym szczęście Wiary, której zawdzięczałam przyjęcie ślepoty z poddaniem się woli Bożej i chciałam podnieść ich z poniewierki ku użytecznemu życiu poprzez pracę, zgodnie z postulatami nowoczesnej tyflologii”.
Podobne wyznanie zamieszcza w swoim dzienniczku pod datą 18 marca 1929 roku. Można tam przeczytać: „W dzisiejszych rekolekcjach zrozumiałam jeszcze mocniej, że te wszystkie łaski, które Bóg mi dał, nie są tylko dla mnie, ale są przede wszystkim dla dusz, które Bóg mi daje, abym je ku niebu prowadziła”.
Święci widzą zawsze lepiej i dalej. Róża, uprzedzając czasy, też widzi potrzebę założenia zgromadzenia zakonnego do opieki nad niewidzącymi. Tak powstają w listopadzie 1918 roku Franciszkanki Służebnice Krzyża, których charyzmat głosi: „Głównym celem jest wynagradzanie Panu Jezusowi za duchową ślepotę ludzi. Zachowujemy trzecią regułę świętego ojca Franciszka, a wypraszając ofiary dla naszych niewidomych i służąc im – przy nich się utrzymujemy”.
Pan Bóg błogosławi dziełu i mimo skrajnej nędzy, kandydatek do zgromadzenia nie brakuje. Do nich oraz do świeckich pracowników Matka Róża wciąż powtarza, że wszystko jest w rękach Boga i Jemu przede wszystkim trzeba całkowicie zaufać. Dlatego często przypominała i wymagała od wszystkich, aby być „posłusznym narzędziem w ręku Boga” (M. E. Czacka, Ideowe założenia Dzieła, Wskazówki dla osób pracujących w Dziele, 25).
Wszystkich też wzywała do radykalizmu i ofiarnej służby Panu Jezusowi obecnemu w niewidomych braciach i siostrach, mówiąc: „Kogo Bóg powołał do naszego Dzieła, ten musi dać się Bogu zupełnie przemienić i dlatego małej miary dać tu nie można, trzeba dać pełną miarę. […] Tu nie można być letnim, tu musi dać się całą swoją krew, aż do ostatniej kropli, i tylko taki człowiek tu zostanie” (tamże, 10).
Tu również słyszymy echo, tym razem słów św. Pawła z pierwszego czytania: „Jeśli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe” (2 Kor 5, 17).
Całe dzieło Lasek wraz z swoją założycielką, od samego początku było tym Pawłowym „nowym stworzeniem”, pozostającym w Chrystusie. I dlatego nic nie było go w stanie zmącić, ani zniszczyć – nawet szalejąca później zawierucha wojenna. Znamienne jest, że gdy wojna szalała, a wrogie wojska okupanta napadały na okoliczne wsie, niszcząc i paląc wszystko, Matka Róża nie zawahała się otworzyć drzwi Lasek dla szukających schronienia. Matka nikomu nie odmówiła, nawet rannemu niemieckiemu żołnierzowi!
Wspomina Zofia Wyrzykowska, jedna z naocznych świadków: „Nie zawodziła ich dziwna wiara, że w zakładzie nie stanie się im nic złego. Rozszalałe żołdactwo jakby się odbijało o niewidzialne granice zakładowe”.
Nie mniej znamienne jest świadectwo ówczesnego kapelana, później kard. Stefana Wyszyńskiego, który ponad dwadzieścia lat po zakończeniu wojny tak wspominał tamte czasy:
„Patrzyłem wtedy na Matkę i myślałem sobie, skąd w tej kobiecie […] taka odwaga, żeby wystawiać dzieło na wszelkie niebezpieczeństwa związane z czynnym zaangażowaniem się w powstanie. Nie był to bowiem tylko szpital […] był tu i ośrodek aprowizacyjny, i łączniczki, i szpital cywilny, i wiele innych rzeczy […]. Matka uważała, że trzeba okazać postawę mężną, bo tego wymaga w tej chwili cały świat. […] Odsłonił mi się wtedy zupełnie nowy obraz człowieka, który dotychczas był tylko oddany modlitwie i służbie ociemniałym. […] Byliśmy tutaj nieustannie zagrożeni. […] Wszystkie nabożeństwa odbywały się normalnie. A Matka dla nas wszystkich była źródłem pokoju, równowagi i gotowości służenia” (kard. St. Wyszyński, Boża ekonomia Lasek…, s. 268–271).
Ma rację Psalmista, gdy w dzisiejszym Psalmie mówi:
Pan mym Pasterzem, nie brak mi niczego…
Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach
Przez wzgląd na swoją chwałę.
Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę,
Zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.
Kij Twój i laska pasterska są moją pociechą.
Taka była Matka Elżbieta Róża Czacka: cała zanurzona w Bogu i cała oddana drugiemu człowiekowi. A kiedy po wojnie osobisty krzyż, związany z pogarszającym się stanem zdrowia, stawał się coraz cięższy, Niewidoma Matka niewidomych 18 lutego 1952 roku z pokorą wyznaje: „Chciałabym się już wymknąć na tamten świat, […] ale oddaję to wszystko Panu Bogu, On wie najlepiej; najmędrsze jest to, co On postanowi”.
Owo wymkniecie się do upragnionego „tamtego świata” nastąpiło 15 maja 1961 roku, w wieku osiemdziesięciu pięciu lat. Odeszła w opinii świętości.
Drodzy Bracia i Siostry,
ta niezwykła historia życia błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej pokazuje nam, że człowiek nie zawsze może wybrać to, co go w życiu spotka, ale zawsze może wybrać, jak na to odpowie. Róża Czacka nie wybrała utraty wzroku. Nie wybrała cierpienia, ograniczeń ani drogi, która po ludzku mogła wydawać się końcem jej dotychczasowego życia. Wybrała jednak coś, co okazało się początkiem wszystkiego: zaufanie Bogu.
Swoja postawą Matka Czacka uczy nas, że wiara nie polega na tym, że człowiek przestaje doświadczać ciemności. Wiara sprawia, że nawet w ciemności zaczyna dostrzegać sens. Wiara nie usuwa krzyża, ale pozwala zobaczyć, że krzyż nie jest końcem drogi. Nie odbiera pytań ani bólu, ale pozwala przeżywać je z przekonaniem, że Bóg jest obecny i że nawet z tego, czego po ludzku nie rozumiemy, może wyprowadzić dobro.
Patrząc dzisiaj na dzieło Matki Czackiej, na Laski, na Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża, na wszystkich pracowników, wychowanków, absolwentów i przyjaciół tego miejsca, możemy zobaczyć, jak wielkie rzeczy może uczynić Bóg poprzez człowieka, który pozwoli Mu się prowadzić.
Dlatego dzisiejsza rocznica beatyfikacji Matki Czackiej, bardziej niż wspomnieniem wydarzenia sprzed pięciu lat, jest zaproszeniem, abyśmy raz jeszcze zapytali samych siebie: na ile pozwalam Bogu działać w moim życiu? Czy potrafię zaufać Mu także wtedy, gdy czegoś nie rozumiem? Czy moje trudności zamykają mnie w sobie, czy też – jak w życiu Matki Czackiej – mogą stać się miejscem spotkania z drugim człowiekiem?
A dzisiejszy Zjazd Absolwentów jest pięknym znakiem, że dobro raz zasiane nie kończy się wraz z opuszczeniem tego miejsca. Ono idzie dalej. Jest obecne w Waszym życiu, w Waszych rodzinach, w Waszej pracy, w relacjach z innymi. To, co zostało tutaj otrzymane, może być dalej przekazywane. Tutaj uczyliście się, że bycie niewidomym nie oznacza bezsilności, a ograniczenie nie musi oznaczać rezygnacji z marzeń. Tutaj uczono Was nie tylko patrzeć inaczej, ale także – a może przede wszystkim – widzieć inaczej.
Prośmy więc dzisiaj Błogosławioną Matkę Elżbietę Różę Czacką, aby uczyła nas patrzeć sercem, odkrywać w trudnościach nie tylko ciężar, ale także wezwanie Boga, a przede wszystkim – aby uczyła nas być zawsze „posłusznym narzędziem w ręku Boga”.
Amen.