– Milczenie Wielkiego Piątku nie jest milczeniem rozpaczy, lecz zadumy i zachwytu nad miłością zdolną do ofiary, aż po śmierć na krzyżu – mówił przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki w homilii podczas Liturgii Męki Pańskiej w katedrze poznańskiej.

Publikujemy pełną treść homilii:

Abp Stanisław Gądecki
I samego siebie wydał za mnie. Wielki Piątek (Katedra Poznańska – 14.04.2017)

Wielki Piątek to dzień Krzyża. Kościół zatrzymuje się dzisiaj, aby rozważyć ceną, za jaką zbawił nas Chrystus. Ale milczenie Wielkiego Piątku nie jest milczeniem rozpaczy, lecz zadumy i zachwytu nad miłością zdolną do ofiary, aż po śmierć na krzyżu.

Kir okrył świat cały niby nocne cienie
uciszył organy, stłumił dzwonów bicie
dziś Chrystus poświęcił swe mienie
na krzyżu samotnym oddał swoje życie

  1. KRZYŻ IZAJASZA (Iz 52,13-53,12)

W to wielkopiątkowe milczenie padaja słowa z Księgi Izajasza, powstałej jeszcze w czasach wygnania babilońskiego (VI w. prze Chr), gdy świątynia jerozolimska leżała w gruzach. Stawiają nam one przed oczy tajemniczą postać Sługi Jahwe. Postać kogoś, kto został powołany przez Boga, by nawrócić lud izraelski, przyprowadzić go z niewoli babilońskiej do ojczyzny. By przynieść zbawienie nie tylko Izraelowi, ale również narodom pogańskim.

 Któż to taki? Gdy idzie o samo określenie „sługa”, „sługa Boży”, to pojawia się ono w Starym Testamencie bardzo często. Wiele wybitnych, starotestamentalnych postaci nazywa siebie w ten sposób. Tak nazywano Abrahama, Jakuba, Mojżesza, Dawida, i Salomona.  Tak też nazywano proroków. Czasami nawet poganie, którzy odegrali jakąś znacząca rolę w historii zbawienia byli nazywani „sługami” Boga (Nabuchodonozor, Cyrus). A oprócz tego tym samym tytułem był obdarzany cały naród izraelski (Iz 41,8-9; 48,20; Łk 1,54)

Ale Izajasz, mówiąc o „Słudze Jahwe” nie mówi o zbiorowości, o całym narodzie izraelskim, ale o indywidualnej osobie, odróżniającej się od grzesznego narodu. „Powołał Mnie Pan już z łona mej matki, od jej wnętrzności wspomniał moje imię” (Iz 49,1) – mówi Sługa o sobie. Pod tą postacią kryje się osoba proroka, czego dowodzą słowa Izajasza, będące aluzją do mowy prorockiej: „Ostrym mieczem uczynił me usta, … Uczynił ze mnie strzałę zaostrzoną” (Iz 49,2); „Pan Bóg Mnie obdarzył językiem wymownym, bym umiał przyjść z pomocą strudzonemu, przez słowo krzepiące” (Iz 50,4).

Zadaniem Sługi jest nie tylko nawrócenie Izraela i sprowadzenie go na powrót z niewoli do ojczyzny, ale także nawrócenie pogan: „A mówił: „To zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi” (Iz 49,6). Sługa bowiem wyprowadzi ludy z ciemności, tzn. utrwali Prawo Boże w Izraelu i pośród krajów pogańskich (Iz 42,4).

Osiągnięcie tego celu nie jest wcale proste. Cel ten ściąga na proroka najpierw wszelkiego rodzaju zniewagi: „Pan Bóg otworzył Mi ucho, a Ja się nie oparłem ani się cofnąłem. Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym Mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem. Pan Bóg Mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi, dlatego uczyniłem twarz moją jak głaz” (Iz 50,5-7).

 Lecz odrzucenie Sługi i jego zadania nie kończy się na zniewagach. Prorok zostanie nie tylko wyszydzony, ale i zabity: „Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić, nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją, tak On nie otworzył ust swoich. Po udręce i sądzie został usunięty; … Tak! Zgładzono Go z krainy żyjących” (Iz 53,7-8).

Śmierć proroka nie będzie podobna do każdej innej śmierci człowieczej. Ona będzie miała charakter ofiary zastępczej za grzechy wszystkich: „Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy […] a Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich. […] za grzechy mego ludu został zbity na śmierć. […] On poniósł grzechy wielu, i oręduje za przestępcami” (Iz 53,5.6.8). Tutaj po raz – już nie niewinny baranek zostaje zabity za grzechy wielu, ale niewinny człowiek cierpi i umiera zastępując grzeszników.

Jakie to zdumiewające rozwiązanie. Pan Bóg nie dozwolił Abrahamowi złożyć w ofierze jego niewinnego syna. Pozwolił natomiast, by Jego prorok złożył sam siebie w ofierze.

  1. KRZYŻ JEZUSA

a) Starotestamentalna Pieśń Sługi Jahwe znajduje swoje wymowne echo w Nowym Testamencie. Wszystko, co czytamy u Izajasza wydaje się w sposób oczywisty zapowiadać nowego Sługę Jahwe, Jezusa, proroka, który przychodzi na ten świat, aby dać świadectwo Prawdzie, aby zatryumfowało Prawo Boże. Jezusa, który zostanie odrzucony przez swój lud, którego śmierć stanie się źródłem usprawiedliwienia dla „wielu”.

 W Pieśni Sługi można niejako zidentyfikować wszystkie szczegółowe momenty męki Chrystusa: pojmanie, poniżenie, policzkowanie, oplwanie, podeptanie samej ludzkiej godności więźnia, sąd niesprawiedliwy, a potem — ubiczowanie, ukoronowanie cierniami i naigrawanie, dźwiganie krzyża, przybicie do krzyża, konanie.

Izajasz roztacza w tej Pieśni obraz cierpień Sługi z tak dogłębnym realizmem, jakby patrzył własnymi oczyma na mękę Jezusa. W świetle izajaszowych wersetów męka Chrystusa staje się nawet jakby jeszcze bardziej wyrazista i mocniej przemawiająca niż w samych opisach Ewangelistów. Oto staje przed nami prawdziwy Vir dolorum: „Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy”.

Ze słów Izajasza jeszcze bardziej przemawia do nas głębia ofiary Chrystusa. Oto On, chociaż sam niewinny, przyjmuje na siebie cierpienia wszystkich ludzi dlatego, że przyjmuje grzechy wszystkich. „Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich”: cały grzech człowieka w jego rozciągłości i głębi staje się źródłem cierpienia Odkupiciela. Jeżeli cierpienie „mierzy się” złem doznawanym, to słowa proroka pozwalają nam ogarnąć miarę tego zła i tego cierpienia, jakie przyjął na siebie Chrystus.

b) Chrystus idzie na spotkanie swojej męki i śmierci z pełną świadomością posłannictwa, które ma wypełnić. On był świadom tego i wielokrotnie mówił swoim uczniom o cierpieniach i śmierci, które Go czekają. „Oto idziemy do Jerozolimy. Tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą poganom. I będą z Niego szydzić, oplują Go, ubiczują i zabiją, a po trzech dniach zmartwychwstanie” (Mk 10,34).

Dlatego Chrystus bardzo surowo karci Piotra, gdy ten chce Go odwieść od myśli o cierpieniu i śmierci krzyżowej. A gdy w czasie pojmania w Ogrójcu tenże sam Piotr usiłuje Go bronić z pomocą miecza, Chrystus mówi: „Schowaj miecz swój do pochwy… Jakże więc spełnią się Pisma, że tak się stać musi?” I mówi jeszcze: „Czyż nie mam pić kielicha, który Mi podał Ojciec?” Chrystus idzie w stronę własnego cierpienia, świadomy zbawczej jego mocy, idzie posłuszny Ojcu, ale przede wszystkim zjednoczony z Ojcem w tej miłości, którą On umiłował świat i człowieka w świecie. I dlatego św. Paweł napisze o Chrystusie: „umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie”.

„Ojcze mój, jeśli nie może ominąć Mnie ten kielich, i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja!” mają wieloraką wymowę. Świadczą one o prawdzie tej miłości, jaką Syn Jednorodzony w swym posłuszeństwie „daje” Ojcu. Równocześnie zaś świadczą o prawdzie Jego cierpienia. Słowa modlitwy Chrystusa w Ogrójcu świadczą o prawdzie miłości poprzez prawdę cierpienia.

Jest to cierpienie „zastępcze”, nade wszystko jednak jest ono „odkupieńcze”. Mąż boleści z tego proroctwa jest prawdziwie owym „Barankiem Bożym, który gładzi grzech świata”. W Jego cierpieniu grzechy zostają zgładzone właśnie dlatego, że On jeden, jako Jednorodzony Syn, mógł je podjąć, wziąć na siebie, z tą miłością ku Ojcu, która przewyższa zło wszelkiego grzechu, unicestwia niejako to zło w duchowej przestrzeni stosunków pomiędzy Bogiem a ludzkością i wypełnia tę przestrzeń dobrem.

c) Chrystus swoim cierpieniem podejmuje pytanie, które wielokrotnie bywa stawiane przez ludzi. On nie tylko wnosi z sobą to samo pytanie – i to w sposób jeszcze bardziej radykalny, bo przecież jest nie tylko człowiekiem, ale również Synem Bożym – ale przynosi też maksimum możliwej odpowiedzi na to pytanie. Ta odpowiedź wyrasta poniekąd z tego samego tworzywa, z jakiego zbudowane jest to pytanie. Odpowiedź na pytanie o sens cierpienia Chrystus daje nie tylko swoim nauczaniem, ale przede wszystkim własnym cierpieniem. Jego cierpienie i śmierć jest jakby ostatnim, syntetycznym słowem Jego nauczania. Jest to „nauka krzyża” – jak to powie św. Paweł (1 Kor 1,18).

Cierpienie ludzkie osiągnęło swój zenit w męce Chrystusa. Równocześnie zaś weszło ono w całkowicie nowy wymiar: zostało związane z miłością — z tą miłością, która tworzy dobro, wyprowadzając je również ze zła. Wyprowadzając poprzez cierpienie tak, jak odkupienie świata zostało wyprowadzone z Krzyża Chrystusa i stale z niego bierze swój początek. W nim też musimy postawić na nowo pytanie o sens cierpienia i odczytać do końca odpowiedź na to pytanie (por. Salvifici Doloris, 17-18).

  1. KRZYŻ CHRZEŚCIJANINA

 a) Myśląc z kolei o krzyżu chrześcijanina, warto najpierw zwrócić uwagę na to, że Jezus nauczył nas, iż nie należy szukać cierpienia. Walka z chorobą jest słuszna, ponieważ zdrowie jest darem Bożym. W Ogrodzie Oliwnym najpierw prosił Ojca: Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich (Łk 22, 42). Zabrać „kielich” to znaczy: odsunąć trudny los przeznaczony człowiekowi. Jezus prosił o odsunięcie swego bolesnego losu. Zatem i my powinniśmy starać się o uniknięcie cierpienia. Z jednym tylko wyjątkiem: nigdy za cenę grzechu, zaparcia się, buntu

Czasami jednak człowiek cierpiący odnosi wrażenie, że w obliczu cierpienia, trudu i śmierci pozostaje sam. Nawet Bóg wydaje się mu wtedy daleki i nieobecny. Człowiek myśli, że Bóg go opuścił. Ale ta nieobecność Boga jest tylko pozorna. Gdy człowiek cierpi, Stwórca znajduje się najbliżej niego, podtrzymuje go.

Obecność Boga jest jeszcze głębsza. Chrystus pozostaje nie tylko przy cierpiącym, ale również w człowieku cierpiącym. Gdy człowiek dźwiga swój krzyż, Bóg jest z nim. Bóg jest tak blisko cierpiących, że się z nimi wręcz utożsamia. „Byłem chory – mówi – a odwiedziliście Mnie” (Mt 25,36). W człowieku cierpiącym On sam jest chory, słaby, złamany. André Frossard pisał, że każde cierpienie ludzkie jest pewną formą obecności Boga. Kto zaś tego nie rozumie, ten niczego nie zrozumie z chrześcijaństwa. Jest to obecność, którą można dostrzec jedynie w perspektywie wiary. Każde ludzkie cierpienie jest dopisywaniem kolejnych rozdziałów do męki Chrystusa.

Kiedy cierpienie puka do drzwi naszego życia, trzeba umieć odczytać plan Boga. „Dla nas wierzących kluczem do odczytania tej tajemnicy jest krzyż Chrystusa. Słowo Wcielone nie odgrodziło się od naszych ludzkich ograniczeń, przyjęło je całkowicie na siebie na Golgocie. Odtąd cierpienie nabrało sensu, który czyni je szczególnie cennym. Od tego momentu cierpienie, każdy jego przejaw, nabiera nowego i specyficznego znaczenia, gdyż staje się uczestnictwem w zbawczym dziele Odkupiciela (por. Katechizm Kościoła Katolickiego, 1521). Nasze cierpienia nabierają wartości i pełnego znaczenia jedynie wtedy, gdy są włączone w Jego mękę. Przeżywane w świetle wiary, stają się źródłem nadziei i zbawienia” (Jan Paweł II, Krzyż Chrystusa rozjaśnia tajemnicę cierpienia – 11 II 2002).

b) Aby iść za Jezusem, człowiek musi wziąć swój krzyż, swoje cierpienia, niepokoje, niepowodzenia, zniechęcenia. Musi przejść drogę krzyżową, odnaleźć w niej własne życie, przeżyć upadki i powstania, aby zmartwychwstać. Musi też, jak Chrystus, przejść przez śmierć, aby odnaleźć prawdziwe życie. Innej drogi nie ma.

Dlatego człowiek wiary pragnie mieć blisko siebie znak krzyża. Tam, gdzie mieszka, uczy się lub pracuje, gdzie cierpi i walczy, gdzie umiera i jest grzebany. Wie bowiem, iż jego ziemskie trudy nabierają właściwego sensu w świetle Jezusowego krzyża, a jego całe życie może zakończyć się zwycięstwem.

Krzyż nieustannie przypomina nam, że droga do chwały wiedzie przez trud i zaparcie się siebie. Bo zmartwychwstania Chrystusa nie można rozpatrywać bez Jego krzyża. I jeśli człowiek nie przejdzie drogi krzyżowej z Jezusem i nie utożsami się z Jego cierpieniem, to radość z „pustego grobu” zmartwychwstałego Pana będzie niepełna, płytka, wręcz banalna. Radość w chrześcijaństwie zawsze przychodzi po krzyżu, cierpieniu, wyrzeczeniu i wysiłku. Dlatego krzyż i zmartwychwstanie Chrystusa wiążą się nierozerwalnie z ludzkim losem (por. ks. Józef Naumowicz, Krzyż Chrystusa znakiem nadziei).

I na tym właśnie polega nadzieja płynąca z krzyża. Na zaufaniu do Bożej miłości, dobroci i obietnicy nowego życia. Jest ona nie tylko ufnym oczekiwaniem przyszłych dóbr, ale wyraża się także w pewności pomocy, nieustannie udzielanej przez Boga. Zwraca się przeciw ludzkiej rezygnacji i rozpaczy. Chroni przed zwątpieniem i egoizmem. Podtrzymuje w każdym opuszczeniu. Daje moc do realizacji chrześcijańskiego powołania w świecie i do walki o wieczność. Daje siłę, by móc codziennie zmartwychwstawać: z lenistwa, przyzwyczajenia, uzależnień, wygody, grzechu. By wciąż zaczynać od nowa, bo dla Boga człowiek nigdy nie jest przegrany.

ZAKOŃCZENIE

Dlatego – na koniec – oddajmy hołd Jezusowi, który „samego siebie wydał za mnie”:

Bóg-Człowiek skonał! — Ludzkości cała!
Choćbyś ocean łez wypłakała,
Choćby ci serca pękały z bólu, —
Choćbyś się żywcem zapadła w groby, —
To jeszcze mało — mało żałoby
Po królów Królu!

(z pośmiertnych papierów Feliksa Szobera)

Oddajmy tez hołd krzyżowi Jezusa, który naszemu cierpieniu i śmierci nadaje sens.

O Krzyżu, niewysłowiona miłości Boga;
Krzyżu, postrachu złych. Podporo sprawiedliwych, światłości chrześcijan,
Ty stałeś się drabiną, po której człowiek wstępuje aż do nieba.
Bądź zawsze dla nas, Twoich wiernych, kotwicą i słupem ognistym.
Rządź naszym domem, kieruj naszą łodzią.

(św. Paulin z Noli)